Na podziwianiu rododendronów, piciu wódki łyżką, pływaniu po zalewie, zwiedzaniu upłynęły trzy dni, które mieszkańcy Gołuchowa spędzili w zaprzyjaźnionej gminie Bad Zwischenahn w Niemczech.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Na podziwianiu rododendronów, piciu wódki łyżką, pływaniu po zalewie, zwiedzaniu upłynęły trzy dni, które mieszkańcy Gołuchowa spędzili w zaprzyjaźnionej gminie Bad Zwischenahn w Niemczech.

Wycieczkę zorganizowała gmina, przejazd na własny koszt, gościna u miejscowych rodzin. I to było jedną z atrakcji pobytu w Dolnej Saksonii. – Przyjęli nas serdecznie i ciepło. Czekali z burmistrzem pod ratuszem. Już wcześniej ustalono, kto u kogo śpi – opowiadali po powrocie.
Sławka Pasternak przeżyła szok, kiedy od jednego z gospodarzy usłyszała ,,byłem u was, siedziałem w fotelu z rogów, a pani mąż to Florian, jak się czuje?’’ pytał Herr Winfryd. Jednak to nie w jego domu nocowała.

– Trafiłam do rodziny Joasi – dziewczyny która 10 lat temu zamieszkała w Niemczech i teraz prowadzi z teściową zakład kosmetyczny. – Mówię do niej hallo, a ona odpowiada dzień dobry – śmieje się Sławka.
- Cała rodzina przyjęła mnie i Krystynę Gałczyńską bardzo serdecznie. Na powitanie był ,,eintopf’’, czyli danie ,,z jednego garnka’’ – mięso z warzywami – wspomina Sławka, zadowolona, że odpadł jej problem z językiem.

Teresa Fabisz wraz z córką i koleżanką trafiły do rodziny, która pochodziła z Raciborza na Opolszczyźnie. – Gospodyni, też Teresa, ucieszyła się, że może z nami mówić po polsku - wspomina.
Dodaje, że u Frau Teresy było dużo polskich książek. Uważa, że wielu starszych Niemców rozumie po polsku, tylko słów im brakuje. Krystyna Kowal-czykiewicz zabrała się na wyprawę z ciocią Heleną Stachowską, która doskonale zna niemiecki, dlatego bariery językowej nie było. Wspomina sytuację z restauracji, gdzie po polsku zastanawiały się, jakie lody wybrać, a tu kelnerka mówi ,, co chcecie, ile tych lodów?’’.

W powiecie Ammerland mieszka wielu Polaków, gadamy po polsku, a tu ktoś się do nas odzywa po naszemu – opowiadały panie po wycieczce. Krystynie podobały się liczne toasty wznoszone lokalną wódką podczas bankietu, który gospodarze wydali na cześć polskich gości. – Piliśmy alkohol łyżeczkami, uważając, żeby ani kropelki nie uronić.
Jeśli kropelka upadła na serwetkę, toast nie był ważny – śmiały się panie, bo to one stanowiły większość wycieczki.

– Mieszkałem u strażaka, miał w domu grafik, kto kogo zawiadamia, jak jest pożar. Tam strażacy ochotnicy żadnej kasy za udział w akcji nie dostają – mówił Józef Banaszak. Podobała mu się niemiecka tradycja obchodzenia urodzin. – Jeśli strażak obchodzi okrągłe urodziny, wtedy koledzy jadą do niego rowerami na imprezę – opowiada. Zapewnia też, że zadba, aby na kolejną wyprawę pojechali do Niemiec strażacy, bo wędkarze byli, orkiestra była, a straż nie była. Dwie pary małżeńskie załapały się na niemieckie wesele. Po prostu poszli tam z gospodarzami, którzy zostali wcześniej zaproszeni. Szczegółów wesela nie znamy jednak, poza tym, że młoda para nie była taka całkiem młoda.


W wycieczce uczestniczył radny Radomir Zdunek, który podobno chciał podejrzeć hodowlę świń, a zawieźli go do krów, jednak spełniono jego prośbę i znaleziono farmę z bydłem. Anna Miklaszewska też miała przygodę. Bardzo smakowała jej sałatka i chciała sobie kupić w sklepie makaron taki jak w sałatce. Ponieważ po niemiecku – jak mówi ,,ani be, ani me’’, poprosiła o pomoc panią, u której mieszkała. A ta tak bardzo chciała spełnić jej prośbę, że zamiast makaronu nakupiła jej chipsów. – Ile z tego było śmiechu – opowiadała pani Ania. Kiedy pytam, co jedli, większość odpowiada ze śmiechem – na śniadanie jajko!Najpiękniejsze jednak były rododendrony, które w maju kwitną w całym Ammerland, przy domach, na skwerach, a najpiękniejsze w parku.

Niektórzy dostali od gospodarzy w prezencie sadzonki. Piękny też był ogród z bonzajami – drzewkami poprzycinanymi w najróżniejszy sposób. Moc wrażeń dał rejs po zalewie a także zwiedzanie okolicy.
- Tyle ścieżek rowerowych, spacerowych, restauracyjek pełnych ludzi i to w starszym wieku – wspomina Teresa Maciaszek. Wszyscy zauważyli, że młodzieży oraz dzieci w wózkach prawie nie było widać.

- Może wyjechali z miasta na weekend, bo w czwartek – Wniebowstąpienie i Niemcy mają wolne – mówi Teresa. Wszyscy się dziwią, że święto jest dniem wolnym od pracy, chociaż kościoły są puste.
– W jednym budynku na dole była restauracja, czytelnia, kawiarnia, a na piętrze kościół katolicki – opowiadają. Czy w jakimś miejscu spotkaliście się z niechęcią? – pytam.
– Absolutnie, było miło, serdecznie, rodzinnie, nawet wywiadu do lokalnej prasy udzielaliśmy. Joasia przyśle nam gazetę – zapewnia Sławka Pasternak. Wszyscy dziękują Kasi Marcinkowskiej, która pomagała się dogadać, kiedy ,,ręce’’ nie wystarczyły. Są też wdzięczni Herr Helmuthowi, który bywał w Gołuchowie i w Ammerland ich także nie opuści.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!