Krew w żyłach zmroziła mi informacja, że znalazł się Wielkopolanin (pisanie go z dużej litery to przesada), który potrafił w siebie wlać tyle alkoholu, że sięgnął po rekord Guinnessa.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Krew w żyłach zmroziła mi informacja, że znalazł się Wielkopolanin (pisanie go z dużej litery to przesada), który potrafił w siebie wlać tyle alkoholu, że sięgnął po rekord Guinnessa. Dziewięć promili niektórzy uważają za sukces tradycji. Tradycji sięgającej stu lat i czasów, gdy Poznań był jednym z najbardziej rozpitych miast w tej części Europy.

Na szczęście zorganizowana akcja walki z pijaństwem zaczęła się pod koniec XIX wieku z inicjatywy Kościoła i trwa do dziś. Jej początek dała Jutrzenka i Wyzwolenie.

Około 1900 roku jedna knajpa przypadała na nieco ponad 200 mieszkańców miasta, licząc w tym i niemowlaki, i abstynentów, i osoby obłożnie chore. A liczba destylacji i szynkowni wciąż rosła. Rosła też liczba sposobów picia. No bo jak się piło za zdrowie, to „do dna”, jak się coś wytargowało, to była kolejka na koszt klienta. W modzie była też przynuka, czyli przymuszanie do picia bez umiaru. No i w końcu ktoś na skróty poszedł po rozum do głowy i zaczęły powstawać towarzystwa trzeźwych poznaniaków ślubujących abstynencję po wsze czasy i obrzydzanie picia o jeden dzień dłużej.

Jak na gości z kosmosu patrzono więc na członków Towarzystwa Szerzenia Wstrzemięźliwości i Towarzystwa Jutrzenka, którzy w 1890 roku przebojem weszli na rynek pijących bez umiaru. Rycerze wstrzemięźliwości wszelkimi sposobami starali się zniechęcić poznaniaków do spożywania alkoholu. Szef Jutrzenki, znany pisarz Józef Chociszewski organizował bezalkoholowe pogadanki, majówki, jeździł z odczytami.

A panie, doświadczone przez panów alkoholików garnęły się do niego, nie zważając na tzw. składkowe. Zorganizowano też czytelnię, z której mogli korzystąc jedynie członkowie. Na Garbarach powstał lokalik dla abstynentów, w którym podawano głównie czekoladę. Okoliczni alkoholicy nie mogąc patrzeć na trzeźwo myślących, byli jego częstymi gośćmi, wzbudzając pijackie burdy i bijatyki. Faktem jest jednak, że w tamtych czasach na spotkania abstynentów przychodziły dziesiątki ludzi. Jak pisze Waldemar Karolczak, każde z tych mityngów inicjowała pieśń „Zrzeczmy się, zrzeczmy się nałogu” i... „Dosyć bracia, lejmy szampana”. Niestety nuty się chyba nie ostały, wiec o powtórkę trudno. Jutrzenka tak mobilizowała członków, że w czerwcu 1901 roku w jej zjeździe w Bazarze wzięło udział aż 600 delegatów.

W 1905 roku powstała kolejna organizacja. Było nią „Wyzwolenie”. Szybko okazało się jednak, że zapał do całkowitej abstynencji znacznie osłabł. W narodzie, a w zasadzie w jego intelektualnej części przeważała myśl, że to za trudne i zbyt drastyczne. Takiej postawie intelektualistów przeczyło postępowanie robotników i rzemieślników, którzy potrafili się zebrać w sile 800 sztuk i gorąco wiecować w salach kina „Apollo”... nie przysięgając dozgonnej abstynencji. Spektakularnym wyczynem „Wyzwolenia” była wystawa antyalkoholowa na Śródce, gdzie pokazywano plakaty, marynaty i mineralne wody. Wystawę zwiedziło kilka tysięcy ludzi.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!