Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Mało jest w polskiej piłce trenerów wywołujących tak skrajne emocje jak Franciszek Smuda. Dla jednych niemal cudotwórca, mistrz motywacji, genialny naturszczyk. – W życiu najwięcej zawdzięczam Jezusowi i Smudzie – podkreśla na każdym kroku kolumbijski obrońca Lecha Poznań Manuel Arboleda. A jeden z najlepszych w latach 90. polskich bramkarzy Maciej Szczęsny wielokrotnie powtarzał, że poszedłby grać nawet na Grenlandię, gdyby on był tam trenerem. Tak mówi wielu...

Dla innych „Franz” (przydomek Smudy) to z kolei nic więcej, niż tylko szczęściarz. Trenerski Dyzma, robiący karierę dzięki mądremu wyborowi miejsc pracy i nieprawdopodobnym zbiegom okoliczności. Podobno skończył słynną szkołę trenerską w Kolonii. Gdy jednak dziennikarze „Przeglądu Sportowego próbowali przed laty dowiedzieć się tam czegoś na jego temat okazało się, że... nie figuruje w spisie absolwentów. Nieprzychylni wytykają mu również z lubością, że zakończył edukację szkolną na zawodówce o profilu murarskim.

– Myślę, że gdyby się topił, to z zeszłorocznego składu Lecha rękę podałby mu tylko Arboleda. – mówi były piłkarz poznańskiego klubu Piotr Reiss, którego zdaniem to właśnie Smuda jest odpowiedzialny za to, że Kolejorz nie zdobył w ubiegłym sezonie mistrzostwa Polski.
Kto ma rację? Tak naprawdę chyba jedni i drudzy. Nie da się ukryć, że ciężko jest jednoznacznie sklasyfikować Smudę. Jeśli wierzyć legendzie, trenerem został przypadkiem.

– Ja go wymyśliłem. Tapetował mi mieszkanie w Mielcu, bo on wcześniej to robił w USA i tak dobrze tę tapetę ułożył, jak nikt inny. Fachowiec! I się go wtedy zapytałem: Franz, a ty tak tylko chcesz tapetować, czy może byś trenerem Stali został?” I tak przez tą Stal trafił do Widzewa – wspomina ze śmiechem znany polski menedżer Edward Socha (cytat za „Weszło.com”).

Nie da się też ukryć, że metody pracy Smudy są dość archaiczne. Nie używa popularnego wśród kolegów po fachu laptopa (zwykł mawiać, że nos to jego laptop). Nie wierzy w sens badań wydolnościowych, które uważa za stratę czasu i pieniędzy.

– Jak ktoś nie umie dobrze podać piłki na pięć metrów, to badania nic mu nie pomogą. Dlatego z nich zrezygnowałem i zaoszczędziłem tym samym 10 tysięcy złotych – chwalił się w czasach, gdy prowadził Odrę Wodzisław. Za nic ma też zalecenia dietetyków. Kiedyś przyznał, że diabli go biorą, gdy słyszy, że ktoś zabrania piłkarzom jajecznicy, parówek czy szynki.

Paradoksalnie jednak, prowadzone przez niego zespoły, nigdy nie miały problemów z wydolnością. Przeciwnie – zarówno Widzew Łódź jaki Lech Poznań słynęły właśnie z piorunujących końcówek meczów, że przypomnimy tu tylko dwa z nich. Z Broendby Kopenhaga w eliminacjach Ligi Mistrzów w 1996 roku (Widzew przegrywał 0:3, by strzelić w ostatnich minutach dwie bramki i awansować) i legendarne już 3:2 na Łazienkowskiej z Legią wiosną 1997 roku (gospodarze prowadzili do 88. minuty 2:0).

Z drugiej jednak strony, gdy opuszczał w 2001 roku w niesławie Warszawę (Legia, to jeden klubów, w których kompletnie sobie nie poradził), jego ówczesny asystent Krzysztof Gawara nie zostawił na nim suchej nitki. Stwierdził, że zespół był źle przygotowany taktycznie, a wyniki badań – najgorsze od wielu lat. – Plan zajęć ustalał w tunelu stadionowym, gdy wychodziliśmy na trening – kpił.


Więcej w dzisiejszym wydaniu Polska Głos Wielkopolski, lub www.prasa24.pl

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!