- Nie lubię spięcia. Nerwowej atmosfery. Czegoś takiego, kiedy czuję, że ktoś popuszcza w galoty - mówi w wywiadzie Janusz Chabior

- Nie lubię spięcia. Nerwowej atmosfery. Czegoś takiego, kiedy czuję, że ktoś popuszcza w galoty - mówi w wywiadzie Janusz Chabior (© kadr z filmu "Erratum")

- Nie lubię spięcia. Nerwowej atmosfery. Czegoś takiego, kiedy czuję, że ktoś popuszcza w galoty - mówi znakomity aktor Janusz Chabior, którego ostatnio mogliśmy zobaczyć m. in. w "Służbach specjalnych".

Janusz Chabior urodził się w 1963 roku w Legnicy. W tamtejszym Teatrze Dramatycznym rozpoczął też swoją karierę aktorską. Następnie grał w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, a od 2006 roku w Teatrze Rozmaitości w Warszawie.

Pracował też jako reżyser, scenarzysta i asystent reżysera. W 2004 zagrał wielokrotnie nagradzaną rolę Wiktora w "Made in Poland" Przemysława Wojcieszka.

Na swoim koncie ma blisko 70 rol filmowych i serialowych. Ostatnio mogliśmy oglądać go m.in. w "Hardkor Disko", "Służbach Specjalnych" czy "Drogówce".

Widział Pan, jak świętowano w Warszawie rocznicę odzyskania niepodległości?

Tak, w telewizorze. Nie było mnie w Warszawie. Z jednej strony rodziny z dziećmi a z drugiej zamaskowani młodzieńcy. Media w pogoni za sensacją na okrągło relacjonowały burdy. 80 procent relacji to były zdjęcia z zadym. Zniszczone przystanki, uszkodzone samochody, ranni ludzie. Specyficzny rodzaj świętowania.

Zjazd wkurwionych Bogusiów z „Made In Poland”?

Nie. To szaliki żądne przygody. Boguś z "Made in Poland" to przy nich romantyk.

Nie wydaje się Panu, że dzisiejsza Polska wygląda trochę jak hybryda scenariuszy „Made In Poland” i „Służb specjalnych”?

Bez przesady. Żyjemy w spokojnym kraju. Generalnie, to świat ma problem. Cywilizacja wyprzedziła ewolucję. To temat na dłuższą rozmowę.

Nie oznacza to, że skoro robi się takie filmy, to żyjemy w takiej rzeczywistości?

Społeczeństwa od zawsze są inwigilowane i sterowane. Zawsze też były jednostki, które wyrażały bunt przeciwko zastanemu porządkowi. To nic nowego. Wszystko już było. Powtarza się tylko w nowych dekoracjach.

W swojej biografii Janusz Gajos powiedział, że żeby zagrać mordercę, trzeba mieć anielskie serce. Pan tymczasem gra głównie zbirów, skinów i policjantów.

Nie jestem aniołem, ale lubię ten zawód. Nowa rola jest początkiem wszystkiego. Zaczynam od narodzin. Nic nie wiem. Tabula rasa. Przymierzam bohatera jak buty i zaczynam w nich chodzić. Czasami uwierają i ocierają stopy, a czasami są to buty siedmiomilowe. Lubię pokręconych bohaterów. Są ciekawsi.

Rola Bońka w "Służbach specjalnych" została uznana za najlepszą rolę drugoplanową na wrocławskim Festiwalu Aktorstwa Filmowego. W opinii krytyków to właśnie ona "dźwiga" ten film. Czekał pan na taką rolę?

Czekać to można na śmierć albo emeryturę z ZUS-u. Życie jest piękne. Nagle zjesz coś dobrego, coś przykuje twoją uwagę na tramwajowym przystanku, przeczytasz książkę i wydaje ci się, że sam ją napisałeś albo uśmiechnie się do ciebie dziewczyna. Czasami dostaniesz maila ze scenariuszem, od którego nie możesz się oderwać.



Myślami jest Pan przy filmie „Życie jest piękne” Macieja Migasa?

Już nie. Padł ostatni klaps. Teraz będzie pracował reżyser i montażysta. Moja rola się skończyła.

Przy tym filmie pracował pan z Tomkiem Kotem, który uważa Pana za swojego mentora. Jak się sprawdził uczeń?

Tomek, będąc licealistą, był filarem grupy teatralnej, którą prowadziłem w Legnicy. To było dwadzieścia lat temu. Teraz to jest w pełni ukształtowany aktor. Wrażliwy, kreatywny. Usiądziemy w kinie na premierze, zobaczymy, co nam wyszło.

Nie ma czasu na nudę. Ostatnie lata są dla pana okresem drugiej, a może i trzeciej młodości? Rzadko kiedy aktorzy po pięćdziesiątce cieszą się tak gęsto zapisanym harmonogramem pracy.

Wiek nie gra roli. Ktoś nagrał z sukcesem płytę w wieku osiemnastu lat i potem nie zrobił już nic, ktoś zaczął studiować biomechanikę w wieku pięćdziesięciu lat i teraz ma na swoim koncie wiele znaczących patentów. Nie żałuję żadnego etapu w moim życiu. Każdy był ważny. Budował mnie, abym był tym, kim jestem. Mogłem pójść w lewo, mogłem pójść w prawo...

A skąd taka miłość do teledysków? Stał się Pan etatowym aktorem „Głębokiego Offu”, grając m.in. w klipach Pogodno, Myslovitz, Kasi Nosowskiej czy Doroty Masłowskiej

To Krzysiek Skonieczny, serce reaktora atomowego, zwanego Głębokim Offem. On daje energię i pomysły. Lubię pracować z takimi pokręconymi facetami. Pyta się mnie: "Jedziemy pojutrze do Lizbony?" - "Tak, a po co?" - pytam. "Zrobimy teledysk dla Don Guralesko". I to wystarcza. I już wiem, że chce się żyć.



Nie kusiło Pana, żeby powołać do życia Chabior Band i zagrać we własnym teledysku?

Równie dobrze może Pan zapytać, czy chcę wstąpić do służb specjalnych, czy też przetransformować się w wampira. Dopóki Kasia Nosowska nagrywa piosenki, to ja raczej nie będę tego robił.

Podobno lubi Pan, kiedy na planie filmowym panuje rozrywkowa atmosfera.

To trzeba wytłumaczyć. W środowisku panuje opinia, że jak śmiesznie na planie, to smutno na ekranie. Nie lubię spięcia. Nerwowej atmosfery. Czegoś takiego, kiedy czuję, że ktoś popuszcza w galoty.

Rozmawiał Krzysztof Żyła

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!