Kiedy Jacek Zieliński przejmował Lecha otrzymał zadanie wypromowania piłkarzy, którzy zdolni byliby w przyszłości zastąpić Semira Stilica, Roberta Lewandowskiego czy Sławomira Peszkę.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Kiedy Jacek Zieliński przejmował Lecha otrzymał zadanie wypromowania piłkarzy, którzy zdolni byliby w przyszłości zastąpić Semira Stilica, Roberta Lewandowskiego czy Sławomira Peszkę.

Cracovia wydawała się idealnym przeciwnikiem do tego, by przećwiczyć nowe warianty taktyczne i dać szansę gry dublerom. Będący w głębokim kryzysie zespół "Pasów" reprezentował ostatnio poziom pierwszoligowy. Niestety, okazało się, że wystarczy rzucić na szalę trochę ambicji, zagrać odrobinę agresywniej, by wybić z głowy kilku graczom Lecha marzenia o grze w pierwszym składzie.

Bohater ostatnich spotkań Sławomir Peszko został przesunięty na lewą stronę. Na zwolnione przez niego miejsce na prawej pomocy "wskoczył" Marcin Kikut, a szansę na grę na środku otrzymał Gordan Golik, który miał okazję udowodnić, że jest alternatywą, dla słabo spisującego się ostatnio Semira Stilica.

Eksperyment niestety się nie powiódł. Golika nawet od człapiącego Stilica, dzielą jeszcze lata świetlne. Wydawało się, że taka szansa, jaką dostał Chorwat, wyzwoli w nim ducha walki. Nic z tego. Golik bał się podjąć ryzyka, podawał przeważnie do tyłu lub do najbliższego partnera, strach przed popełnieniem błędu paraliżował jego ruchy. Gdyby Golik był nastolatkiem, można by to jeszcze wytłumaczyć tremą. Chorwat ma już jednak 24 lata, więc raczej nie ma co liczyć na to, że jest w stanie zrobić jakieś oszałamiające postępy.

Trochę lepiej spisywał się Marcin Kikut, jego głównym problemem jest jednak skuteczność. "Kiki" wyraźnie lepszy jest jednak na prawej stronie obrony. Można zapytać, co w takim razie robi na niej Dimitrije Injać? Serb od dawna niczego pozytywnego nie wnosi do gry Kolejorza. Jest bardzo wolny, a to sprawia, że łatwo wygrać z nim indywidualne pojedynki. Nie było żadnego przypadku w tym, że Brugia większość akcji przeprowadzała swoją lewą stroną. Także "Pasy" dogrywały piłkę w sektor, w którym był Injać.

Byłoby jednak dużym uproszczeniem obwiniać tylko Golika i Injaca za wczorajszą porażkę. Zawiedli przede wszystkim ci, o których mówi się, że są gwiazdami Lecha. Zespół aspirujący do tytułu mistrzowskiego nie może być tak dramatycznie bezradny w starciu z jedną z najgorszych do tej pory ekip ekstraklasy. Porażkę można wybaczyć, jeśli została ona poniesiona po twardej i ambitnej walce. Tymczasem w Sosnowcu nasi piłkarze sprawiali wrażenie jakby chcieli wygrać jak najmniejszym nakładem sił.

Po czterech kolejkach Kolejorz ma już sześć punktów straty do Wisły i kibice zaczynają się już martwić, czy nie wraca koszmar poprzedniego sezonu. Wtedy Lech remisował, teraz jest jeszcze gorzej, bo przegrywa.

Pocieszyć się można tylko tym, że być może nasi piłkarze podświadomie oszczędzali siły na czwartkowy mecz z Club Brugge. A stratę do Wisły spokojnie można jeszcze odrobić. W ubiegłym roku po czterech kolejkach, poznaniacy mieli podobny bilans - dwa zwycięstwa (Piast, Górnik) i dwie porażki (GKS Bełchatów, Arka). "Biała Gwiazda" miała przewagę czterech punktów i...Pawła Brożka w swoim składzie. A w tym sezonie, po transferze do Fullham, będzie już musiała sobie radzić bez niego.



Remis Brugge
Ebrahima Savaneh, były piłkarz Lecha strzelił dwie bramki dla Kortrijk w ligowym meczu z FC Brugge, rywalem poznaniaków w walce o awans do Ligi Europejskiej. Mecz zakończył się remisem 2:2, a gole dla Brugge strzelili Akpala i Odjidja-Ofoe.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!