Dzień Pracownika Służby Zdrowia. Jak wygląda praca w grodziskim szpitalu?

Anna Borowiak
Anna Borowiak
Jeszcze nieco ponad rok temu życie grodziskiego szpitala toczyło się normalnie. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem pandemii. Lekarze i pielęgniarki w kombinezonach przypominających stroje kosmonautów, stres, praca ponad siły i nierówna walka z chorobą, która może dotknąć każdego z nas – tak dziś wygląda ich codzienność.

Na pierwszej linii frontu

Pod szpital podjeżdża karetka. Wysiadają z niej ratownicy medyczni, choć trudno dziś ich rozpoznać. Spod masek widać zmęczenie, ale i uśmiech, bo właśnie udało im się znaleźć wolne łóżko dla pacjenta. Nie tutaj, bo w naszym szpitalu od kilkunastu dni jest pełne obłożenie. Udało się w sąsiednim powiecie. - Po drodze mijaliśmy nasz drugi zespół, wolsztyńskie karetki też są zajęte. Musimy teraz zdezynfekować wszystko – mówią w pośpiechu podłączając całą aparaturę do zamgławiania. Wypadają z systemu mniej więcej na godzinę. Co jednak, jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy? -Cóż. Strażacy, śmigłowce. Może akurat będzie w okolicy wolny zespół. Nie wiadomo- przyznają.

- Rok temu przeżyliśmy szok. Nikt nie wiedział, jak się zachować i czego możemy się spodziewać. Od marca pracujemy w nowej rzeczywistości. Przechodzimy trzecią falę, która przerasta możliwości systemu. Tak jest wszędzie, w całej Polsce. Przez cały ostatni rok nie było tak źle, jak jest teraz. Krytyczny moment przeżywaliśmy na przełomie października i listopada, ale teraz jest jeszcze gorzej. Pracujemy tyle, ile się da.

Gdy tylko zespół zmienia status na gotowy, na kolejne wezwanie nie trzeba czekać długo. Nie wiadomo, na ile znów wyjadą w poszukiwaniu wolnego łóżka. Jak daleko trzeba będzie jechać? To się okaże. - Pacjent, którego przed chwilą zawoziliśmy do Wolsztyna, zajął ostatnie wolne miejsce- przyznają.

Z Grodziska jeżdżą do Ostrowa Wielkopolskiego, Poznania, Międzychodu, Piły, albo i dalej.

- Jesteśmy kierowani tam, gdzie są wolne miejsca. To zaburza cały system, bo może nas nie być nawet kilka godzin. W karetce mamy butlę z tlenem, która wystarcza na dość długo, ale ciężki stan pacjenta powoduje, że potrzeba go więcej. Jadąc tak daleko walczymy z czasem, myśląc tylko o tym, żeby nam nie zabrakło tlenu. Najgorsza jest ta droga.

Gdyby rok temu ktoś powiedział, że nasze życie wywróci się do góry nogami? - Nikt by w to nie uwierzył, takie rzeczy widzi się tylko na filmach. A jednak. Mam ponad 30 lat stażu i z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. Kombinezony i maski utrudniają wszystko. Jest duszno, gorąco, a my niejednokrotnie musimy prowadzić resuscytację. Jest ciężko.

W każdej chwili jest również strach. Nie o siebie, a o najbliższych. - Boję się o rodzinę, o moje wnuczki. Nie chcę przynieść tego do domu. My jesteśmy już zaszczepieni, ale nasi bliscy - już niekoniecznie.

A hejt? Zdarza się, choć starają się nie czytać komentarzy w sieci. Podczas wizyty w domu u pacjenta proszą o założenie maseczek i ograniczenie liczby osób w pomieszczeniu.

- Zdarzały się sytuacje, gdy próbowano wmówić nam, że koronawirus nie istnieje, że to wymysł i przesadzamy. Większość takich sytuacji weryfikuje życie. Nie warto czytać wpisów w Internecie, szkoda na to czasu. Mamy za dużo pracy i ważnych spraw na głowie. Wiemy, że są ludzie, którzy na podstawie informacji zupełnie nieprawdziwych twierdzą, że to złoty interes dla służby zdrowia, ściema, depopulacja. Robimy to, do czego jesteśmy powołani, ratujemy ludzkie życie. Minister zdrowia zwiększył nasze uposażenia, ale wolelibyśmy pracować normalnie, w mniejszym obciążeniu psycho-fizycznym. Dyskutować w sieci nie ma sensu, bo skutek jest odwrotny do zamierzonego. Dotyka do nie tylko nas, ale i profesorów, autorytety medyczne. Dochodzi do tego, że lekarzom grozi się śmiercią. Nie skupiamy się na tym, staramy się tego nie czytać.

Co dalej? Ratownicy przyznają, że po roku epidemii nasze podejście do obostrzeń mocno się rozluźniło. - A my pracujemy ponad siły, a system jest na granicy wydolności. Cały świat ma z tym problem, bo ludzie wierzą domorosłym wirusologom, którzy nie mają zielonego pojęcia o rzeczywistości. Czy będzie lepiej? Pewnie tak, jeśli społeczeństwo będzie podchodzić do tego racjonalnie i wszyscy będziemy na siebie uważać, nosić maseczki, trzymać dystans i będziemy się szczepić.

Dobre duchy szpitala

Zamkniętych na oddziałach covidowych pacjentów opieką otaczają pielęgniarki. Są jak dobre duchy, które podtrzymują w nadziei, że będzie dobrze. - Staramy się być dla nich rodziną i wsparciem, którego potrzebują. Praca stała się bardzo trudna i obciążająca psychicznie, począwszy od salowej, przez rehabilitantów, pielęgniarki i lekarzy. To kiedyś odbije się na naszym zdrowiu, już teraz zdarzają się sytuacje, kiedy jedna z nas płacze gdzieś w kącie- przyznaje Honorata Burlaga, pielęgniarka koordynująca na oddziale internistyczno-kardiologicznym, który od kilku miesięcy jest oddziałem covidowym.

Do szpitala trafiają coraz młodsi pacjenci. Zdarza się, że są to nawet dwudziestolatkowie.

- I takie osoby też odchodzą, a my czujemy się bezsilne. Tym bardziej narasta we mnie złość, kiedy wychodzę z pracy i widzę, co się dzieje na ulicy. Nie zwracam już ludziom uwagi na źle założone maski, bo z drugiej strony zawsze był atak. To tylko maska, my pracujemy w kombinezonach, maskach, rękawiczkach. W takim stroju spędzamy nawet kilka godzin.

Pandemia pokazała, jak ważna jest ich praca.

- Staramy się odebrać każdy telefon i przekazywać nawet drobiazgi, które pomagają rodzinie i pacjentowi w czasie rozłąki. Choć czasami musimy wyjaśniać, że rozmowa jest niemożliwa, bo stan chorego na to nie pozwala. Od dwóch tygodni oddziały są pełne. Nie mamy chwili wytchnienia.

Na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii leczone są najcięższe przypadki zakażeń. - Najczęściej już w momencie przyjęcia do szpitala kontakt z pacjentem jest praktycznie żaden. Stosujemy nie tylko leczenie Covid-19, ale całościowe, inne choroby przecież nagle nie znikają. Niestety 80 procent kończy się najgorszym – zgonem. To dla nas bardzo trudne, bo często nie mamy już szans, żeby pomóc. Robimy wszystko, podajemy leki, reanimujemy, ale organizm odmawia. Nie ma wymiany gazowej, spadki saturacji są ogromne- mówi Magdalena Woźniczak, pielęgniarka koordynująca oddział.

To właśnie pielęgniarki są z nimi od początku do końca pobytu w szpitalu, starając się otoczyć chorych jak najlepszą opieką i zastąpić im najbliższych, choć w niewielkim stopniu.

- Przeżywamy tu dramaty, nie zawsze możemy pogodzić się z sytuacjami, które się dzieją. Praca w szpitalu nigdy nie należała do łatwych, ale to co się dzieje na przestrzeni ostatnich miesięcy, jest nie do opisania. Trzeba mieć nadzieję, że będzie lepiej. Walczymy do końca, pomagając nie tylko pacjentom na oddziale intensywnej terapii, ale w całym szpitalu.

Cały personel zadaje sobie jednak pytanie, ile jeszcze wytrzyma. - Nie wiem, jak dalej będziemy znosić takie obciążenie psychiczne. Jesteśmy zmęczeni, nie dajemy rady. Daje nam to mocno w kość, ale jesteśmy tu przede wszystkim dla pacjentów i to oni trzymają nas przy tym, żeby nie odchodzić od ich łóżek.

Ze szpitalnych oddziałów docierają również dobre wiadomości. - Mamy dwa duże sukcesy, nasze pacjentki, po ponad dwudziestu dniach leczenia, wróciły całkowicie do zdrowia. Udało nam się je przekazać z ujemnym wynikiem na oddziały czyste.

Dwóch lekarzy na oddziale to już luksus

W momencie przekształcenia oddziałów w zakaźne, wiele osób zrezygnowało z pracy. Powstały luki kadrowe, które wypełniają inni, spędzając przy łóżkach chorych wiele godzin. Ale do szpitala pacjenci trafiają często zbyt późno. Dlaczego? Z jednej strony bagatelizujemy Covid-19, a z drugiej – brakuje wolnych miejsc.

- Nikt nie chce się znaleźć w szpitalu, ale w tej chorobie nie ma hipochondryków. Już jesteśmy na granicy wydolności, gdybyśmy chcieli kłaść do szpitala każdego pacjenta, który ma Covid, to już dawno nie mielibyśmy miejsc. Trzeba mieć też na uwadze, że to nie łóżka leczą pacjentów, a kadra, z którą jest problem. Aktualnie mamy dwóch lekarzy na oddziale i to luksus, który nie zdarza się często- mówi Michał Studziński, lekarz, który pracuje w naszym szpitalu od października. Zaczynał na izbie przyjęć i „wieczorynce”.

- Wcześniej szpital funkcjonował jak każdy inny. Toczyło się normalne życie. Nagle wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Oprócz ginekologii, oddziały przekształcono w zakaźne. To nie jest tak, że zajmujemy się tylko covidem. Trzeba mieć na uwadze to, że u pacjenta zakażonego reszta chorób nie przestaje istnieć. Często u pacjenta z chorobami przewlekłymi następuje ich zaostrzenie. Wdrażamy całościowe leczenie, ale jest ciężej, bo zaburza nam je dodatkowy czynnik w postaci Covid-19.

Jak wygląda leczenie osób zakażonych? Wszystko zależy od stadium choroby, w którym pacjent trafia do szpitala. Pierwsze jest tu niespotykane, bo jest najłagodniejsze. Czwarte to już ciężka niewydolność oddechowa.

- Pacjenci przychodzą do nas po około tygodniu od rozpoczęcia infekcji. To osoby, które mają znaczne pogorszenie stanu zdrowia, wymagają tlenoterapii. W takiej sytuacji nie możemy stosować leczenia, które na ten moment ma najbardziej udowodnione działanie przyczynowe - remdesiviru i osocza ozdrowieńców. Zostaje nam leczenie objawowe – tlen, leki przeciwgorączkowe, antybiotykoterapia, leki przeciwkrzepliwe, sterydy, żeby zminimalizować utratę powierzchni oddechowej płuc.

Dyżur naszego rozmówcy trwa 69 godzin. Bez przerwy. Grafik trzeba było dostosować, bo jedna z lekarek zakaziła się koronawirusem.

- Jesteśmy zmęczeni i to bardzo. Często pojawia się też rozgoryczenie, bo prędzej czy później to właśnie nas obwini się o skutki pandemii, o wszystkie zgony. Rozpocznie się polowanie na czarownice i szukanie osób odpowiedzialnych. Jakkolwiek smutno to zabrzmi – to nie jest nic nowego, bo lekarze są wygodnym „chłopcem do bicia”. Po pierwsze jest nas mało, a po drugie – społeczeństwo nas nie lubi, traktując jak zło konieczne. To wina systemu, który na to pozwala. Poziom ochrony zdrowia i jej stan już półtorej roku temu był zły. Czynnie uczestniczyłem w protestach rezydentów, łącznie z głodówką we Wrocławiu. Ale jest coraz gorzej, a to wynika z wieloletnich zaniedbań i macoszego traktowania ochrony zdrowia w Polsce.

Każda cierpliwość ma jednak swoje granice. - Bywały już dyżury, po których wychodziłem i obiecywałem sobie, że już nie wrócę, że nie ma opcji, zrezygnuję i wybiorę sobie jakiś inny kawałek chleba. Ale problem jest taki, że później dociera do mnie, że obstawiam 1/3 dyżurów na internie. Kto mnie zastąpi? Ile tak wytrzymamy? Tyle, ile będzie trzeba. Mimo wszystko.

Jaka jest nadzieja na to, że będzie lepiej?

- Szczepienia. To coś, co daje tę nadzieję. Nie ma innego lekarstwa, przynajmniej na razie. Problemem jest rozluźnienie dyscypliny wśród społeczeństwa i to trzeba jasno zakomunikować. Wystarczy wyjść poza szpital i zobaczyć, co dzieje się na ulicach, jak traktujemy noszenie maseczek. Ludzie myślą, że to ograniczanie ich wolności. Nikt nie patrzy na to w taki sposób, że dzięki temu możemy dbać o innych. Statystyki zakażeń nie robią już na nas żadnego wrażenia. 30 tysięcy zakażeń dziennie? Zero reakcji, zapanowała znieczulica. Sądzimy, że nas to nie dotyczy. I tak, nie dotyka, dopóki pośród tych 600 zgonów dziennie nie ma kogoś z naszych bliskich…


Redakcja składa wszystkim pracownikom medycznym wyrazy uznania za pełną poświęcenia służbę i zaangażowanie w ratowaniu zdrowia i życia ludzi. Życzymy satysfakcji zawodowej, pomyślności w życiu osobistym oraz jak najszybszego powrotu do normalności.


Widzisz wypadek? Coś cię zaniepokoiło? Chcesz się czymś pochwalić?

Pisz do nas na: anna.borowiak@polskapress.pl
lub zostaw nam wiadomość na facebooku

Dzień Pracownika Służby Zdrowia. Jak wygląda praca w grodziskim szpitalu?

Koronawirus groźny tylko w pomieszczeniach

Wideo

Dodaj ogłoszenie